Jak gotuję po powrocie ze statku – 5 dań pierwszego tygodnia

2 tygodnie, żeby nadrobić wszystko – jak gotuję po powrocie ze statku

Wysiadam z trapu i wiem dokładnie, co zrobię za trzy godziny. Nie rozpakuję walizki. Nie wezmę prysznica. Najpierw wejdę do kuchni i zacznę obierać cebulę.

Tak wygląda każdy mój powrót od prawie 20 lat. Dwa tygodnie na morzu, dwa tygodnie w domu. Cookie leży pod stołem, czeka aż coś spadnie. Justyna stoi w drzwiach i mówi: „serio, nawet się nie przebierzesz?”. Serio. Bo gdybym się przebrał, musiałbym się najpierw zatrzymać. A ja przez dwa tygodnie na morzu uczę się nie zatrzymywać w miejscach, gdzie mogłoby mnie coś złapać – tęsknota, zmęczenie, myśli. Gotowanie jest pierwszym miejscem, gdzie pozwalam sobie wrócić.

Wiem, że Ty nie wracasz ze statku. Wracasz z pracy, z konferencji, z dwóch tygodni opieki nad dzieckiem, które chorowało, z okresu, który po prostu był ciężki. Ale myślę, że ten artykuł jest o czymś, co znasz. O tym, jak gotowanie bywa sposobem, żeby powiedzieć komuś „jestem” bez mówienia tego na głos. I o tym, co konkretnie gotuję w te pierwsze dni w domu, bo to pytanie pada od czytelniczek najczęściej.

Co mi naprawdę brakuje na morzu

Powiem szczerze – nie brakuje mi wykwintnych dań. Na statku jest stołówka, kucharze gotują dla załogi, jedzenia jest dość. Nie chodzę głodny. Chodzi o coś innego.

Brakuje mi zapachu, kiedy ktoś obok mnie gotuje. Brakuje mi momentu, kiedy Cookie przybiega do kuchni, bo słyszy, że otwieram lodówkę. Brakuje mi tego, że Justyna woła z salonu „co tam robisz?”, a ja mogę odpowiedzieć: „zaraz zobaczysz”. Brakuje mi posiłku, który jest dla kogoś. Na statku je się, żeby zjeść. W domu gotuję, żeby ktoś się cieszył.

Po dwóch tygodniach tego braku wracam z listą rzeczy do zrobienia w głowie. Nie muszę jej zapisywać. Jest w niej rosół, bo Justyna przez ten czas żyła na kanapkach i zupach w proszku. Jest pieczeń, bo mama przyjdzie w niedzielę i zawsze wtedy robimy pieczeń. Jest coś słodkiego, czego Justyna nigdy sobie sama nie ukręci, bo „po co, skoro zaraz wracasz”. I jest jedno danie, którego nie było w domu od miesiąca, a wiem, że ona za nim tęskniła.

To jest mój plan pierwszego tygodnia. Drugiego tygodnia jest inaczej, ale o tym za chwilę.

Dlaczego nie zaczynam od rzeczy nowych

Kiedyś, na początku, próbowałem wracać z nowymi pomysłami. Nagrałem sobie w telefonie listę przepisów, które chcę spróbować. „Risotto z dynią piżmową, pieczone żeberka w glazurze z tamaryndowcem, pasta z pieczonego czosnku z cytryną”. Wracałem, otwierałem lodówkę, patrzyłem na tę listę i odkładałem ją na później.

Bo pierwsze, co chcesz zrobić po dwóch tygodniach rozłąki, to nie eksperymentować. Tylko wrócić. A wraca się przez rzeczy, które się zna.

Dlatego mój pierwszy tydzień w domu to zawsze ta sama lista – z drobnymi wariacjami, w zależności od pory roku. Kiedyś myślałem, że to brak wyobraźni. Teraz wiem, że to szacunek. Dla siebie, bo jestem zmęczony i nie mam siły na kombinowanie. I dla Justyny, bo ona przez ten czas tęskniła za konkretnymi smakami, nie za nowościami z Pinteresta.

Jeśli kiedykolwiek wracasz do domu po trudnym okresie i masz wrażenie, że powinnaś od razu „ogarnąć się” i zrobić coś spektakularnego – nie musisz. Zrób rosół. Zrób to, co znasz. To jest pełna forma obecności.

5 dań, od których zaczynam każdy powrót

Poniżej pięć dań – dokładnie w tej kolejności, w jakiej je gotuję przez pierwsze cztery–pięć dni po powrocie. Nie są to przepisy precyzyjne co do grama, bo w domu gotuję inaczej niż w restauracji. Są to ramy, w których można się poruszać.

1. Rosół – pierwszego dnia, zawsze

Pierwszego wieczoru gotuję rosół. Nie dlatego, że chcę go jeść tego samego dnia – on będzie następnego dnia. Gotuję go, bo zapach rosołu w domu znaczy, że ktoś wrócił.

Biorę udko z kurczaka, kawałek wołowiny na rosół (łata, mostek albo szponder), włoszczyznę, cebulę przypaloną na suchej patelni, kilka ziaren pieprzu, ziele angielskie, dwa liście laurowe, łyżeczkę soli na start. Zalewam zimną wodą, doprowadzam do wrzenia, zbieram szumowiny, zmniejszam ogień do minimum i zapominam na trzy godziny. Dosalam dopiero na końcu, kiedy wiem, jakie jest stężenie.

Justyna czasami wchodzi do kuchni i mówi: „dobrze, że jesteś”. Nic innego. To jest cały dialog tego wieczora. Rosół robi robotę za nas oboje.

2. Pierogi – drugiego dnia, bo dzień po rosole

Drugiego dnia używam rosołu do pierogów z mięsem. Mięso wyjmuję z rosołu, mielę albo siekam bardzo drobno, podsmażam z dużą ilością cebuli (dwie cebule na kilogram mięsa, nie mniej), doprawiam majerankiem, pieprzem, solą, szczyptą czosnku granulowanego. Ciasto — mąka, ciepła woda, jajko, łyżka oleju, szczypta soli. Lepię przy stole, a Justyna siedzi obok i czasami coś do mnie mówi, czasami po prostu zagląda z laptopem. Lepienie pierogów trwa długo i dlatego jest dobre. Nie można tego przyspieszyć.

Cookie leży pod krzesłem i czeka. Zawsze spada jeden. Nie wiem, czy przypadkiem.

3. Pieczony kurczak w jednej brytfance

Trzeciego lub czwartego dnia robię kurczaka w jednej brytfance z warzywami – to jest danie, które podaję, kiedy przychodzą rodzice, teściowa albo przyjaciele, a nie mam głowy do dekorowania talerzy. Cały kurczak natarty masłem z ziołami (tymianek, rozmaryn, czosnek, sól, pieprz, cytryna w środku), pod spodem pokrojone ziemniaki, marchew, por, cebula, główka czosnku przepołowiona poziomo. Piekarnik 200°C, półtorej godziny, polewa z sokami z brytfanki co dwadzieścia minut.

Kiedy wyjmuję go z piekarnika, zapach wychodzi na klatkę schodową. To jest ten zapach, który znaczy „u Mielewczyków jest ktoś w domu”.

4. Coś słodkiego — sernik albo szarlotka

Czwarty albo piąty dzień – deser. Justyna nie piecze. Powiedziała mi to na drugiej randce i byłem wtedy zaskoczony, a teraz jestem wdzięczny, bo dzięki temu pieczenie zostaje po mojej stronie i jest moim sposobem na pokazanie, że pamiętam.

Sernik robię na twarogu trzykrotnie mielonym (z prawdziwej mleczarni, nie z plastikowego kubka), z masłem, żółtkami, cukrem, skórką z cytryny, laską wanilii. Bez dodatków, klasyczny. Szarlotka z kruchego ciasta na maśle i jabłek uduszonych z cynamonem i odrobiną masła – bez zagęstników, bez niczego więcej. Podaję z gałką lodów waniliowych, jeśli są w zamrażarce.

Sernik starcza zwykle na trzy dni. Trzeciego dnia Justyna przyznaje, że była na drugim kawałku o 22:00. To znaczy, że się udało.

5. Rybа po grecku albo śledź pod pierzynką – coś, czego nie było w domu od miesiąca

Piąty–szósty dzień rezerwuję na to, za czym Justyna tęskniła przez cały mój wyjazd, ale nie chciało jej się robić sama. U nas to zwykle ryba po grecku albo śledź pod pierzynką z buraków – obie rzeczy wymagają trochę czasu i brudzą kilka naczyń, więc w pojedynkę się ich nie robi dla siebie.

Rybę po grecku – dorsz lub mintaj w panierce, podsmażony na złoto, zalany duszoną marchewką z cebulą, pietruszką, selerem, koncentratem pomidorowym, listkiem laurowym, zielem, solą, pieprzem, szczyptą cukru. Odstawiony na noc do lodówki. Następnego dnia jest najlepszy.

Kiedy kroję buraki do śledzia i mam fartuch cały w różowe plamy, Justyna śmieje się, że wyglądam jak z wypadku. Ale siada potem do talerza i mówi: „nie robiłam tego od miesiąca, dziękuję”. I tyle. To jest zapłata.

Drugi tydzień – kiedy kuchnia znowu zaczyna być codziennością

Pierwszy tydzień jest o nadrabianiu i rytuałach powrotu. Drugi tydzień jest o normalności. Wtedy zaczynam eksperymentować, testować nowe przepisy, robić rzeczy szybkie i zwyczajne. To jest tydzień, w którym nagrywam treści na bloga, próbuję zupy z soczewicy z mlekiem kokosowym, której nigdy wcześniej nie robiłem, i patrzę, co przetrwa próbę rodzinnego obiadu.

Drugi tydzień to też tydzień, w którym Justyna wraca do swojej pracy w pełnym tempie, ja robię lunche do pudełek, wieczorami jemy coś prostego – sałatki, omlety, kanapki z dobrego chleba. Kuchnia przestaje być obrzędem, staje się tłem.

I dobrze, że tak jest. Bo gdyby każdy dzień miał być jak pierwszy wieczór po powrocie, nie mielibyśmy z czego tęsknić podczas kolejnego wyjazdu.

Co z tego dla Ciebie, jeśli nie jesteś marynarzem

Jeśli dotrwałaś do tego miejsca, to pewnie nie dlatego, że interesuje Cię moja trasa statku. Tylko dlatego, że rozpoznajesz coś z tego u siebie.

Gotowanie jako forma powrotu. Masz w życiu swoje tygodnie rozłąki – z czymś, z kimś, z samą sobą. Mąż wyjechał. Dziecko było chore i przez dwa tygodnie żyłaś na kanapkach. Był trudny okres w pracy. Ktoś z rodziny przechodził coś ciężkiego i cała Twoja głowa była tam. A potem przychodzi moment, kiedy życie trochę zwalnia i myślisz: „ok, czas wrócić do normalności”.

Normalność zaczyna się w kuchni. Nie dlatego, że musisz ugotować coś wielkiego. Ale dlatego, że kiedy obierasz cebulę, kroisz marchew, zapalasz gaz pod rosołem – robisz pierwszy gest troski, który nie wymaga słów. I to wystarczy, żeby dom zaczął znowu czuć się jak dom.

Nie musisz robić pięciu dań. Zacznij od jednego. Od tego, co rozpoznajesz jako „swoje”. U mnie to rosół. U Ciebie może to być mielony. Naleśniki. Zupa pomidorowa z makaronem, taka jak robiła mama. Nieważne co – ważne, że znasz to ciałem, nie z Pinteresta. Bo to, co znamy ciałem, jest szybsze od zmęczenia i szybsze od wymówek.

Kiedy tego nie umiesz, a chciałabyś umieć

Wiem, że nie każda kobieta, która to czyta, ma taką relację z kuchnią jak ja. Niektóre z Was wychowały się w domach, gdzie gotowanie było stresem, nie rytuałem. Inne nigdy nie miały czasu się nauczyć. Jeszcze inne umieją, ale nie wiedzą, co gotować, żeby to naprawdę miało sens zdrowotnie, bo jedna strona mówi jedno, druga coś innego, a rodzina i tak wolałaby pizzę.

Właśnie o tym jest nasz wspólny program z Justyną.

Nie o tym, że damy Ci jadłospis i powiemy „trzymaj się tego przez trzydzieści dni”. Tylko o tym, że pokażemy Ci, jak zbudować sobie własną listę pięciu–siedmiu dań, które znasz ciałem. Które robisz bez myślenia. Które smakują Twojej rodzinie i nie kłócą się z tym, czego potrzebuje Twoje ciało – niezależnie od tego, czy masz Hashimoto, insulinooporność, czy po prostu chcesz się czuć lepiej.

Ja uczę Cię gotować tak, żeby smakowało i żebyś chciała do tego wracać. Justyna pracuje z tym, co stoi między Tobą a trwałą zmianą, bo samo jedzenie nie wystarczy, jeśli głowa Ci przeszkadza. Razem dajemy Ci coś, czego żadne z nas osobno nie byłoby w stanie dać.

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o programie – sprawdź szczegóły na stronie głównej albo napisz do nas przez zakładkę Kontakt. Rusza wkrótce, miejsc jest mało, bo pracujemy blisko.

A jeśli na razie chcesz po prostu więcej przepisów i wskazówek od nas obojga – zapisz się na newsletter. Raz w miesiącu, jeden przepis ode mnie, jedna myśl od Justyny. Plus PDF z siedmioma przepisami na start, żebyś miała od czego zacząć, kiedy następnym razem będziesz wracać do kuchni po trudnym tygodniu.

Bo dobre jedzenie to nie lista zakazów. To sposób, żeby znowu być w domu.

Przeczytaj więcej

Ostatnie artykuły blogowe

Jaka porcja jedzenia jest dla Ciebie odpowiednia? Metoda dłoni

Jaka porcja jedzenia jest dla Ciebie odpowiednia? Metoda dłoni

Ile naprawdę powinieneś zjeść? Twoja dłoń wie to lepiej niż jakakolwiek aplikacja. Masz w telefonie aplikację do liczenia kalorii. Widziałem taki telefon nieraz - na blacie w kuchni, ekran mruga od powiadomień, a Ty właśnie próbujesz wpisać "schab pieczony z jabłkiem,...

czytaj dalej

Zostaw komentarz

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *